[ główna ]       [ podróże ]       [ galeria ]       [ fotoblog ]       [ różności ]       [ o mnie ]       [ kontakt ]


'początek gdzieś musi być'

w 2002 bylem zupelnie innym czlowiekiem. zylem po malutku, tak jak przykazano. moj swiat to byla warszawa, jej okolice i od czasu do czasu dluzszy lub krotszy wypad poza te okolice z dziewczyna samochodem, bo jakze by inaczej. tak, bylem wtedy z dziewczyna, kasia, z ktora wydawalo sie mi, ze bedziemy sobie ukladac zycie az do poznej starosci. nawet jesli byly to tylko plany to byly to konkretne plany: w tym roku to i to, w nastepnym tam, a za dwa lata jeszcze cos innego. byle powolutku do przodu, malymi kroczkami.

jak juz wspomnialem mialem wtedy samochod, choc pewnie wiele osob uznaloby to za wyrob samochodopodobny - czerwone cc700. mialem tez prace, choc w tamtych dniach chwilowo ja stracilem. troche na wlasne zyczenie przez zaniedbanie, nieinaczej. mialem tez problemy, ktore mnie troche przerastaly, bo dotychczas ich nie bylo. problemy natury przyziemnej - z praca, z dziewczyna. no i podstawowy, ile tak naprawde mnie w moim zyciu? to wszystko powodowalo u mnie nerwobole w klatce piersiowej, omylnie przeze mnie zidentfikowane jako problemy z sercem. choc w pewien sposob i to niekoniecznie ten najczesciej kojarzony je mialem.

gdyby nie kolega majacy podobne problemy to pewnie nie siegnalbym po pewna ksiazke. gdyby nie jedno zdanie czesto przez niego powtarzane to pewnie bym szybko jej nie przeczytal. zreszta na poczatku opornie szlo mi jej czytanie. kilka stron dziennie, a ksiazeczka do najgrubszych nie nalezala. pamietam tylko, ze na samym poczatku tego czytania wyslalem do tej swojej kasi smsa z cytatem z okladki 'moje serca obawia sie cierpien. powiedz mu, ze strach przed cierpieniem jest strszaniejszy niz samo cierpienie'. nawet nie pamietam co mi wtedy odpisala, ale kilka dni pozniej kolejna klotnia ulatwila mi czytanie ksiazki.

w takich okolicznosciach ksiazke przeczytalem w ciagu jednego wieczora i kawalka nocy. bylo w pol do trzeciej kiedy skonczylem ja czytac. polozylem sie na lozku i popatrzylem w sufit. w glowie jak mantra krazylo mi zdanie 'jesli czegos naprawde pragniesz, to caly wszechswiat potejmnie sprzyja temu pragnieniu'. cos we mnie wstapilo, postanowilem pojechac na dzialke pod warszawa. zabralem kilka rzeczy i zszedlem na dol do samochodu.

jechalem ulica lopuszanska, tuz przed wiaduktem nad aleja krakowska byla wtedy stacja benzynowa esso, dzis jest tam co innego. zatankowalem sie na niej. nie wiem tez dlaczego w bocznej kieszeni drzwi znalazlem swoj paszport. tym bardziej, ze juz dawno nie wyjezdzalem wtedy za granice. nie wiem tez skad wpadl mi do glowy pomysl kupienia mapy europy. nie mialem pojecia tez do czego mialaby mi byc zdatna.

na dzialke powinienem byl pojechac wiaduktem nad aleja. skrecilem w prawo, w strone wyjazdu z miasta, w strone szosy katowickiej. postanowilem jechac przed siebie, najpierw do czestochowy. a pozniej sie zobaczy, moze w lewo, moze gdzies w prawo, a moze wczesniej zawroce. bo w tamtym czasie takie jazdy przed siebie to byly dla mnie sposobem na odreagowanie klopotow.

kiedy juz dojezdzalem do czestochowy zaczynalo switac i wiedzialem, ze to jeszcze mi wciaz za malo. kolejnym celem stal sie cieszyn. ale juz za bielskiem doszedlem do wniosku, ze skoro dojade do cieszyna to rownie dobrze moge dojechac tez gdzies do jakiegos miasta w czechach, np. brna. wyslalem wtedy koledze, ktory zainspirowal mnie do przeczytania ksiazki sma 'frydek mistek zdobyty!'. ale bedac juz w glebi czech i patrzac na zakupiona mape zobaczylem, ze do wiednia z warszawy jest 'tylko' 720 km. to nie wydawalo sie jakims zawrotnym dystansem, szczegolnie, ze juz pokonalem wieksza czesc drogi. pozostalo tylko jechac przed siebie.

w wiedniu padalo, pogoda byla malo ciekawa. za to autosrada bardzo dobra i nie chcialo sie z niej zjezdzac. powoli opuszczalem wieden i w tamtym momencie juz wiedzialem dokad zmierzam ostatecznie. do wenecji. pozostawalo tylko nieco ponad 500 km, ale to i tak bylo mniej niz przebyte dotychczas ponad 700. i doskonale wiedzialem, ze do samego konca bedzie to autostrada. nic tylko jechac.

tak wiec jechalem i jechalem. moje cc, bylo chyba ewenementem na drodze, bo chyba tylko jedno takie mijalem. ale to bylo najmniej wazne, jechalem. i to caly czas na poludnie, przed siebie. nie zdawalem sobie jeszcze sprawy z tego, ze te dlugie godziny spedzone samemu odmienia mnie i moje zycie. w tamtych chwilach liczylo sie tylko jechac i jechac. bylo juz zdecydowanie cieplej i przyjemniej. mimo, ze to wciaz byl marzec.

dojechalem do villach, ostatniego miasta w austrii przed granica z wlochami. gdzies po drodze od spotkanych polakow uslyszalem, ze ceny paliwa we wloszech sa wyzsze i postanowilem sie zatankowac. na swiatlach zaczely sie dziac jakies dziwne rzeczy z samochodem. niby chodzil, ale po dodaniu gazu gaslu. po chwili nie chcial juz nawet zapalic. zepchnalem go na praking przy mcdonaldzie. nie pozostalo mi nic innego jak tylko dojsc co jest nie tak.

w czasie tego grzebania podeszla do mnie jakas dziewczyna i zagadal do mnie po polsku czy aby nie potrzebuje pomocy. jasne, ze potrzebowalem i szybko ja znalezlismy w punkcie ichniego automobilklubu. potrzebowalem tylko okolo 60 euro, ktorych nie do konca bylem pewien czy posiadam. telefon do kolegi i chyba bylem juz uratowany. chyba, bo pozostawalo tylko zeby mechanik doszedl co jest nie tak z silnikiem, najprawdopodobniej zaplonem.

do przyczyny doszedl bardzo szybko, a naprawienie zajelo nie wiecej niz piec minut. wystarczylo przewod doprowadzajacy napiecie do swiecy owinac izolacja. moglem ruszyc dalej. najpierw jednak poszedlem umyc rece.

zaraz po wyjsciu z toaelety zadzwonil telefon. to byla kasia. chwile zastanawialem sie czy odebrac i co powiedziec. odebralem.

- chcialam sie z toba zobaczyc.
- czekalas na to az dwa dni?
- ztesknilam sie za toba - powiedziala bardzo przymilnym glosem.
- dzis raczej nie ma szans - poddalem w watpliwosc mozliwosc spelnienia jej pragnienia.
- a gdzie jestes?
- na dzialce i nie zamierzam dzis wracac
- masz byc za godzine - to byl juz ton nie znoszacy sprzeciwu. a mi przez glowe przebieglo to, ze jestem 1000 km od warszawy i nawet jakbym bardzo bardzo chcial to nie da rady.
- w godzine nie dam rady nawet - jednak nie chcialem sie wydawac ze swoim polozeniem.
- to masz dwie, koniec kropka.

nie doszlismy ostatecznie do porozumienia, a ja doskonale wiedzialem, ze po powrocie jak sie zobaczymy bedakolejne klopty. nie znosila sprzeciwu, jak cos nie szlo po jej mysli. przynajmniej trudno bylo sie jej pogodzic z tym.

wyjechalem spowrotem na autostrade. kontynuowalem jazde na poludnie, choc bardziej byl to juz poludniowy zachod. slonce powoli chowalo sie za szczytami pozostawiajac na jezdni dlugie cienie. wszystko wydawalo sie miec niesamowicie cieple barwy. zas we mnie trwala wewnetrzny spor czy jechac dalej, czy tez jednak zawrocic. ostatecznie doszedlem do wniosku, ze skoro przejechalem juz taki szmat drogi, jestem calkiem blisko celu to glupio byloby zawrocic. i to tylko dlatego, ze ktos do mnie zadzwonil i sobie zazyczyl spelnienia czegos co w tej chwili jest nierealne. jutro bedzie bardziej, wiec jutro bede sie tym martwil. dzis pozostawalo mi okolo 200 km do pokonania.

na autostrade miedzy triestem a wenecja wjechalem kiedy bylo juz ciemno i chyba nigdy nie zapomne ruchu jaki wtedy mial na niej miejsce. tir za tirem na prawym pasie jechal, zas lewym prawie co chwila mijal mnie jakis szybki i szalony, przed ktorym musialem chowac sie miedzy tirami jadacymi jednak troche wolniej niz ja.

kolo godziny 20:00 wjechalem na groble prowadzaca do samego miasta. ujrzalem tez tablice z napisaem venezia i wjechalem na parking przed miastem. tak wlasciwie to bylo to zbiorowisko parkingow, do wyboru do koloru, na doby, na godziny. jednak te godzinne nie wygladaly zachecajaco, a ja jakos nie mialem ochoty wysiadac z samochodu. pokrecilem sie wiec chwile i pojechalem spowrotem.

dotarlem do celu, nie skonsumowalem go moze, ale dotarlem. przejechalem i zrobilem to bez specjalnego przygotowania, wlasciwie z marszu. dokonalem tego i to sie liczylo tylko. pozostalo mi tylko jedno - wrocic ta sama trasa te same 1300 km. w zamierzeniu mialo pojsc szybciej, bo juz znalem trase, wiedzialem prawie wszystko.

tym czego nie wiedzialm bylo to co sie dowiedzialem jak minalem juz udine. na jakims znaku zobaczylem, ze najblizsza stacja bedzie za jakies 70 km. fajnie, tylko, ze mi zaczynala sie swiecic juz rezerwa. no ale co zrobic, i tak musze jechac. tyle, ze troche wolniej.

po kolejnych 50 km poczulem delikatny niepokoj, bo stacji jak nie bylo tak nie bylo. jechalem za jakas cysterna na czeskich numerach zeby zmniejszyc opory powietrza i troche na zassaniu jechac, choc przy takich predkosciach (ok 100 km/h) to na wiele liczyc nie mozna bylo.

w ktoryms momencie mignal mi znak, ze do stacji juz tylko 5km. a po chwili cysterna wystawila migacz i zaczela zjezdzac na prawo. bylem uratowany. ale nie tak szybko. zjazd okazal sie na parking jakiegos skladu celnego czy czegos w tym stylu. stalo tam mnostwo tirow, ale stacji zadnej nie bylo. nerwowo sie zrobilo. zaczalem krazyc po zjazdach, trafilem do jakiegos miasteczka. spotkanego po drodze goscia zapytalem sie o stacje, pokazal mi na migi. no i o bankomat, bo wyjasnil jakos, ze stacja jest automatyczna.

bez problemu znalazlem jedno i drugie. podjechalem pod dystrubutor i zgodnie z intrukcja wlozylem banknot. chwycilem za pistolet i zonk. pistolet byl przypiety na klodke, a wokol nikogo kto mialby go odpiac. teraz to juz bylo naprawde niewesolo. nie dosc, ze jechalem na oparach to na dodatek stracilem cale 10 euro.

znowu zaczalem krazyc po rozjazdach autostrady, ktorych bylo zdecydowanie duzo jak na tak male miasteczko. gdzies przy wiezdzie na nia spotkalem patrol policji. zapytalem sie o stacje, goscie nie kapowali po angielsku, ale przynajmniej na migi potrafili wytlumaczyc, ze jedna czynna jest w tarvisio, a druga na autostradzie, calkiem niedaleko. pokazali mi jeszcze ktora bramka wjechac i pojechalem. dojechalem, zatankowalem sie i moglem teraz jechac spokojnie dalej.

noca ruch byl mniejszy, wlasciwie to samochdy pojawialy sie z rzadka. zmeczenie powoli dawalo znac. opieralem sie mu dosc dlugo. ale jak zaczynalem sie przylapywac na tym, ze za chwile zasne i nic mi nie pomoze, to pora byla najwyzsza zjechac na bok i chwile odpoczac. znalazlem jakis parking i zdrzemnalem sie. nie pol godziny, ale cale trzy. i tak niewiele jak na to, ze jechalem nonstop 24 godziny.

po obudzeniu sie stwierdzilem, ze jestem niedaleko wiednia, bylo ok w pol do szostej. tak wiec za jakies 8-9 godzin bylbym w warszawie. dotarlem do niej bez zadnych przygod ok 14:30. oczywiscie spotkalismy sie, ale wtedy tylko ja wiedzialem, ze jestem juz innym czlowiekiem. w nastepnym tygodniu dowiedzialem sie, ze jednak mam prace. nie radzili sobie beze mnie.

trzy tygodnie pozniej z kolega od ksiazki wybralismy sie ta sama droga. prawie tak samo spontanicznie. ale nie dojechalismy do celu. sprobowalem jeszcze raz, w grudniu tego samego roku, ale takze zawrocilem gdzies po drodze. przez te kilka miesiecy w moim zyciu zachodzily zmiany, ktorych wczesniej nie bylem w stanie przewidziec.

pozniej zaszlo jeszcze wiecej zmian w moim zyciu. moze mniej mnie juz dziwily. niemniej gdzies byl ich poczatek.


21 - 22 III 2002 warszawa > venezia > warszawa


© Michał Gawęda 2003 - 2014