[ główna ]       [ podróże ]       [ galeria ]       [ fotoblog ]       [ różności ]       [ o mnie ]       [ kontakt ]


'uciec pociągiem od jesieni'

w drugiej polowie 2005 roku mieszkalem juz w gdyni. nie samemu, mialem wspollokatorke, ktora bezskutecznie probowala zarzucic na mnie sidla. powodowalo to moja coraz wieksza niechec do przebywania pod jednym dachem.

byl poniedzialek, jej pierwszy dzien w pracy. w koncu kilka godzin, w czasie ktorych mnie nekala swoja obecnoscia. z trwoga myslalem o godzinie, w ktorej to wroci z tej pracy i pewnie bedzie chciala mnie oswiecic tym i owym. i w tym wlasnie momencie wpadl mi do glowy pomysl wyjechania na dzien, dwa. dokad nie wiedzialem. byleby sie tylko ruszyc z gdyni, byleby tylko nie siedziec tego dnia w domu. nawet nie wiedzialem dlaczego cos mnie tak wyganialo, ale nie mialem zamiaru z tym walczyc.

za wstepny cel obralem bydgoszcz, calkiem nieodlegle miasto. za to na tyle dalekie, ze bedzie choc toche inaczej. i cos dziwnie czulem, ze niekoniecznie sie tam znajde. spakowalem najpotrzebniejsze rzeczy w postaci szczoteczki, aparatu ze statywem i ciuchow na dzien, dwa.

pojechalem na dworzec. tam pierwszym pociagiem, ktory jechal gdzies dalej byl express do warszawy. nie zdecydowalem sie na niego od razu, bo obawialem sie troche zobaczyc miasto, z ktrego w pewien sposob ucieklem i uczynilem to z zalem. no ale zastanawiac sie w nieskonczonosc tez nie moglem. szczegolnie, ze duzego wyboru ze wzgledu na pozna juz pore nie bylo.

do warszawy dojechalem okolo dziesiatej wieczorem. mialem do wyboru zostac albo jechac gdzies dalej. o zostaniu nie bylo mowy, po prostu nie chcialem. spojrzalem na tablice odjazdow i o 22:45 byl pospieszny do jeleniej gory. nigdy tam nie bylem, wiec bylaby to dobra okazja aby ja odwiedziec. kupilem bilet, wsiadlem i pojechalem. pociag nie toczyl sie nazbyt szybko, trase znalem w miare dobrze. ale gdzies miedzy opolem a wroclawiem przyszedl mi do glowy pomysl, ze wcale niekoniecznie musze sie do tej jeleniej gory udawac. a jesli wysiadlbym we wroclawiu to pewnie nie musialbym dlugo czekac na jakis pociag do przemysla. a wlasnie to miasto zaintrygowalo mnie w czasie ostatniego pobytu na poludniu polski. dawalo ono mozliwosc dostania sie na ukraine, a tym razem paszport mialem z soba.

na pociag musialem poczekac godzine, co biorac pod uwage wczesna poranna pore nie bylo dlugim oczekiwaniem. wlasciwie cala trase do przemysla przespalem budzac sie tylko czasem na 10, moze 20 minut. wczesnym popoludniem dotarlem na miejsce. pierwszym co zrobilem to zorientowalem sie w transporcie do lwowa i kijowa. niestety obydwa pociagi odchodzily dopiero wczesnym wieczorem, tak wiec te kilka godzin poswiecilem na zwiedzanie miasta. nawet pomyslalem zeby zostac sobie na noc i spedzic tu jeden dzien, ale ukraina za bardzo mnie wolala.

poszedlem na terminal graniczny, w ktorym takze znajdowala sie kasa z biletami na ukraine. nieco sie zdziwilem gdy zamiast 22 zlotych zaplacilem 57 i dostalem dodatkowo karteczke z rezerwacja miejsca. wczesniej nie bylo o tym mowy. no ale moze zapomnialem sie zapytac o rezerwacje czy cos. poszedlem na peron i nie wiedzialem co dalej. jeszcze na terenie poczekalni byli ludzie, ktorzy wiezli na ukraine worki cebuli, ziemniakow. zupelnie jakby tam tego nie bylo, albo bylo co najmniej drozsze niz u nas. furtki na peron jeszcze nie otworzyli, wiec tlum powoli gestnial.

zadzwonila akurat moja wspollokatorka z pytaniem gdzie jestem. zgodnie z prawda odpowiedzialem, ze odprawilem sie wlasnie na ukraine i jade do lwowa. w jej glosie bylo slychac zawod, bo nawet niezbyt chetnie chciala opowiadac o nowej pracy. pozegnalem sie z nia obojetnie, tak jakby byla tylko namolna osoba, ktora cos tam ode mnie chce. w tym czasie otworzyli furtke na peron i ludzie zaczeli sie wysypywac. stanalem przed obydwoma pociagami i zglupialem.

mialem bilet do lwowa, ale nie widzialem zeby ktorys z tych pociagow mial jakas tablice, informacje, cokolwiek co dawaloby znac, ze to tym wlasnie mam jechac. dukalem cyrylice, az doszedlem, ze ten pierwszy jedzie do czerniowcow. gdzie do cholery sa czerniowce? - zapytalem sam siebie. pierwszy raz slyszalem o tym miescie i nic mi nie mowilo. nie mowilo tez czy bedzie on jechal przez lwow do tych czerniowcow czy nie. najprosciej bylo zapytac kogos na peronie. uzyskalem odpowiedz, ze jeden i drugi jedzie przez lwow. poszedlem wiec do tego, ktory mial odejsc pierwszy. przed jakims wagonem pokazalem bilet i prowadnik poinformowal mnie, ze to jest bilet na ten drugi pociag to nim mam jechac. nie bylo mi to w smak, bo tak jak odchodzil godzine pozniej, tak samo przychodzil do lwowa godzine pozniej, tuz przed polnoca tamtejszego czasu. poszedlem i stanalem przy drugim pociagu, jadacym do kijowa. popatrzylem sie na niego z niechecia. stare, jeszcze radzieckie wagony malowane na niebiesko z zoltym pasem posrodku nie budzily zaufania. wygladaly jakby przezyly co najmniej pol wieku. az balem sie pomyslec o ich wnetrzu, bo farba nie miala wiecej niz 15 lat, a tyle minelo odkad ukraina uzyskala niepodleglosc. co za tym idzie wagony musialy byc przemalowane. wnetrze juz nie.

na peronie pojawilo sie jakis dwoch gosci z plecakami, ktorzy byli chyba obcokrajowcami. obrzucilem ich spojrzeniem, bo nie wygladali na kogos kto wie gdzie sie pcha. wygladali tez na bardziej zagubionych niz ja. odwrocilem od nich uwage i zwrocilem ja na stojacy polski wagon w tym samym skladzie. on wygladal nawet jak na polskie warunki calkiem porzadnie. wstapila we mnie nadzieja, ze moze nim uda sie mi pojechac do lwowa a nie tymi ukrainskimi. niestety ta nadzieje rozwial gosc, z ktorym zaczalem rozmowe. poinformowal mnie, ze wlasciwie nie mam szans nie majac miejscowki w tym wagonie. stanalem wiec z powrotem przy wagonie ukrainskim, bo nie spieszylo sie mi do wsiadania. w tejze chwili ktos zapytal sie mnie po rosyjsku czy mowie po angielsku. odpowiedzialem, ze tak, mowie. okazalo sie, ze tych dwoch mowilo tylko po angielsku, a wychodzilo na to, z ja bylem jedynym, ktory potrafi sie z nimi porozumiec i jednoczesnie wytlumaczyc im to co mowila ukrainska prowadniczka. znalezli sie w takiej samej sytuacja co ja - chcieli zlapac ten wczesniejszy do lwowa, ale najwidoczniej sie spoznili i pozostalo im jechac tym drugim. chwile porobilem za tlumacza, oni wsiedli do wagonu, przed ktorym stali. mieli zaplacic za rezerwacje i po sprawie. ja nie wiedzialem co mam zrobic, bo mialem bilet na wagon 10, a miedzy 9 a 11 byl tylko sprzeg. prowadniczka zadecydowala, ze moge wsiasc do tego co oni i nie bede musial placic za rezerwacje.

troche czasu jeszcze bylo do odjazdu. nie mialem co robic, wiec zaczalem rozmowe z jednym z obcokrajowcow. mial na imie fernando, generalnie pochodzil z boliwii, ale mieszkal w stanach. zaczelismy rozmawiac na rozne tematy. w miedzyczasie pociag ruszyl, byla ukrainska kontrola graniczna. poznalem tez drugiego z nich, mial na imie jorge, pochodzil z chile, choc jedno z jego rodzicow bylo wloskiego pochodzenia. powoli dojezdzalismy do lwowa i wychodzilo na to, ze od tej pory bedziemy podrozowali razem.

lwow przywital nas ciemnosciami. wlasciwie tylko na placu przed dworcem bylo jakies oswietlenie, a tak to jakby pradu w calym miescie nie bylo. zadnej latarni, nic. tylko swiatla samochodow rozcinaly te ciemnosci. i gdzie niegdzie rozswietlone okno. szlismy nie bez strachu przez te tonace w ciemnosciach ulice. wlasciwie to nawet nie wiedzielismy dokad zmierzamy, nie wiedzielismy gdzie dokladnie jestesmy, nie wiedzielismy nic.

przeszlismy kawalek i postanowilismy zlapac taksowke. nie bylo z tym problemu, taksowki nie byly w przeciwienstwie do pradu towarem deficytowym. fernando wyciagnal z kieszeni jakas kartke, na ktorej mial zapisany adres jakiegos miejsca noclegowego. pokazalismy go taksiarzowi i zapytalismy o cene. zrozumialem, ze 20 hrywien i tyle bylismy gotowi zaplacic. szczegolnie dzielac na trzech.

jechalismy w zupelnie nieznane rejony, ktore wydawaly sie byc oddalone od centrum. moje zapytanie o odleglosc od centrum taryfiarz potwierdzil to co mi sie wydawalo. wysiedlismy przed jakims akademikiem, ktory nie wygladal zachecjaco. przed drzwiami wejsciowymi stala grupka mlodych ludzi, wygladali na studentow. zapytalismy sie ich czy dobrze trafilismy potwierdzili po angieslku, ze tak. zadzownilismy i otworzyla nam jakas babcia, z ktora nie szlow zaden sposob sie dogadac. zwatpilismy.

zaproponowalem chlopakom, ze mozemy sie przeniesc w znane mi miejsce, tylko jest to hotel, jak na ukrainskie warunki nienajgorszy. zgodzili sie i pojechalismy w okolice, ktora przynajmniej znalem. nie bylo jednak pokoju trzyosobowego, zaczely sie kombinacje. ostatecznie stanelo na tym, ze jorge bedzie spal na podlodze, na karimacie ze spiworem, a my z fernando zajmiemy dwa lozka.

choc bylo juz po polnocy nie mielismy zamiaru sie klasc spac, oni mieli ochote pojsc na jakies disko, a ja nie mialem nic przeciwko. doprowadzilismy sie do porzadku i ruszylismy na miasto. zlapalismy taksowke i kazalismy sie wiezc na jakies disko. ostatecznie trafilismy do klubu, do ktorego spokojnie moglismy dojsc na piechote. weszlismy do srodka i poczulismy sie jak w raju.

dookola mnostwo ladnych dziewczyn, odstawionych tak, ze szczeka opadala. na dodatek malo facetow, a ci co byli najczesciej zdarzyli sie juz nawalic niezle. piwo tanie jak dla nas. nic dziwnego, ze wracalismy do hotelu tuz przed ranem.

poranek byl ciezki, choc to juz poludnie bylo. przenieslismy sie do inego pokoju i mielismy wlasciwie caly dzien na zwiedzanie miasta. jorge zostal w hotelu, my z fernando zrobilismy sobie obchod po centrum. wrocilismy prawie poznym popoludniem. a wieczorem znowu klub. i rownie poznonocny powrot do hotelu.

jeden dzien we lwowie nam wystarczal. bylismy zgodni co do tego, ze czas opuscic ukraine, oni mieli przesyt wrazen, ja tez nie bylem zbytnio dostosowany do tego. uznalismy, ze nastepnym przystankiem bedzie budapeszt. z tym, ze fernando chcial jechac przez czop, mala miejscowosc na granicy ukrainsko - wegiersko - slowackiej. ja zas wolalem jechac przez polske, do ktorej dojazd wydawal sie latwiejszy niz do czopa. a jorge nie mial zdania i byl gotow sie dostosowac do tego co ustalimy we dwoch. nie udalo sie mi przekonac fernando do swojej wersji, a nie opieralem sie zeby zobaczyc inne czescie ukrainy, wiec ustalilismy ostatecznie, ze jedziemy do czopa.

pociag zwany elektriczka wlokl sie niemilosiernie. zatrzymywal na kazdej, nawet najmniejszej stacji. za to krajobrazy za oknem byly niczego sobie. tylko wyjatkowo brudne szyby utrudnialy ich podziwianie. wiedzielismy, ze na miejsce mamy przybyc okolo dwudziestej. niedlugo przed dojechaniem do celu zaczelismy przeprowadzac ankiete wsrod pozostalych jeszcze w wagonie uczestnikow tej podorzy.

fernando wylapal jakiegos goscia, ktory mowil biegle po hiszpansku, jak sie okazalo kiedys pracowal w argentynie i znal lepiej hiszpanski niz angielski, z ktorym to radzil takze sobie calkiem niezle. na te noc ruslan, tak mial na imie, choc dla chlopakow byl romeo, stal sie naszym przewodnikiem. wysiadl z nami w czopie, w ktorym to niemal podskoczylem widzac nowoczesne wagony wegierskie. jednak jak sie dowiedzial pociag odchodzi dopiero rano. zaproponowal zebysmy pojechali do uzgorodu, znacznie wiekszego miasta niz czop, a stamtad wezmiemy jakis autobus czy taksowke do czopa. pomysl wydal sie nam calkiem sensowny, choc we mnie tlila sie jakas obawa. jak sie pozniej okazalo bezpodstawna.

uzgorod prezentowal sie o wiele porzadniej, czysciej i bardziej zadbanie niz lwow. posiadal nawet przymilne centrum, w ktorym to znalezlismy bar zeby sie zalogowac na kilka godzin. zalogowalismy sie w nim tak skutecznie, ze malo nie przegapilismy pociagu do budapesztu. wystarczylo, ze przegapilismy autobusik do czopu i musielismy wziasc taksowke.

wpadlismy na dworzec w czopie i nas zamurowalo. nie zmienilo sie tam nic przez ostatnie dwadziescia, trzydziesci, jesli nie wiecej, lat. dworzec ten kontrastowal ze znanymi nam dworcami we lwowie i uzgorodzie, ktore prezentowaly sie o niebo lepiej niz jakikolwiek dworzec w polsce. a tu takie cos.

nie mielismy zamiaru dlugo pozostac na tym dworcu, tym bardziej, ze na peronie byl juz podstawiony pociag. szybka akcja z kupowaniem biletow, bo okazalo sie, ze nie mamy wystarczajacej ilosci hrywien. kupilismy za dolary, ale reszte dostalismy juz w hrywnach. zajelismy miejsca w wygodnym pociagu i posnelismy sie.

obudzilismy sie w budapeszcie. jorge przeciagajac sie powiedzial 'welcome to paradise i choc dla kazdego z nas znaczylo to co innego, tym razem moglem spokojnie sie z nim zgodzic. byla to moja pierwsz wizyta w budapeszcie od prawie dokladnie dwoch lat. i dziwnie obawialem sie tej wizyty, a jednoczesnie cieszylem, ze w koncu po takim czasie udalo sie mi tam znowu przyjechac. przeciez bylo kilka nieudanych prob, wiele planow. a tym razem bez planowania jestem w tym miescie.

zalogowalismy sie hostelu niedaleko samej vaci utca, ktory stawal sie moja baza przy prawie kazdej wizycie w budapeszcie. leniwie spedzilismy dzien, az do wieczora, kiedy to odwiedzil nas balazs, znajomy fernando. po wstepnych uprzejmosciach umowilismy sie na pozny wieczor na budapest by night.

wieczorem z fernando zaliczylismy malego zonka. mielismy sie przejsc, ja chcialem isc nad rzeke, jemu sie zachcialo isc z jakimis poznanymi laskami na vaci utca do jakiejs knajpy. efektem byl zdecydowanie zawyzony rachunek za butelke wina. jednym slowem dalismy sie naciac. zli bylismy na samych siebie za ta wpadke, ale balazs stanal na wysokosci zadania i reszte wieczoru i nocy spedzilismy tak, ze zapomnielismy o calym incydencie. towarzystwo bylo pierwsza klasa, z roznych krajow. a ostatnia rzecza, ktora w nim panowala byla nuda.

poranek byl pochmurny i nie zachecal do wychodzenia na dwor. a musielismy sie wymeldowac z hostelu zeby moc sie przeniesc do domu balazsa. zaproponowal nam bowiem nocleg na jeden dzien, a nastepnego dnia i tak mielismy wyjezdzac z miasta. ten dzien mielismy spedzic na zwiedzaniu budapesztu. a na wieczor zaplanowana byla posiadowa w jakims klimatycznym miejscu.

do opieki przydzielona zostala paola, podopieczna balzsa z programu leonardo. w polowie byla wloszka, w polowie argentynka. i choc znala miasto, a przynajmniej centrum, calkiem dobrze to za kazdym razem mylil sie jej kierunek, w ktorym byl dunaj. mielismy z tego niezla zabawe i pytanie o kierunek, o rzeke padal srednio co godzine, czasem czesciej. sama paola takze podchodzila do tego zartem, wiec problemu nie bylo zadnego. razem z nia towarzyszyla nam tina, finka, z ktora szybki kontakt nawiazal fernando. ale opuscila nas jak wrocilismy z lazni termalnych.

po nich standartowa wycieczka na wzgorze gellerta, zamek w budzie, wyspe malgorzaty i tak zszedl nam caly dzien. ja robilem za przewodnika, choc paola zaprowadzila nas w miejsce, o ktorym malo kto wie - ulice gyul baby. wieczorem tak jak bylo to w planach - posiadowa w szerszym towarzystwie w jednaj z pesztanskich knajp. do dzis odwiedzam to miejsce gdy jestem w budapeszcie. troche sie w nim zmienilo, ale to co najwazniejsze, klimat, pozostalo. no i afterka w siostrzanym lokalu zdecydowanie juz przy samym alkoholu. wracalismy w wysmienitych nastrojach, a przy bramie wejsciowej spotkalismy jorge, ktory odlaczyl sie od nas na caly dzien.

choc planowalismy wyjechac dopiero poznym wieczorem to wlasciwie caly dzien byl zdominowany przez ten wyjazd. nie ruszalismy sie nigdzie dalej niz na spacery po okolicy, siedzielismy w domu balzsa i prowadzilismy dlugie rozmowy o wszystkim. pogoda take nie nastrajala na zwiedzanie czegokolwiek. ja stracilem humor kiedy zdalem sobie sprawe z tego, ze zgubilem gdzies plyte ze zdjeciami z przemysla, lwowa i uzgorodu. bylo wsrod nich jedno z najlepszych zdjec jakie kiedykolwiek zrobilem, we lwowie. chcialem jechac jak najszybciej. pozostalo ustalic tylko jedno. jedziemy, ale gdzie?

fernando zapytal sie mnie czy jade dalej z nim czy nie. odpowiedzialem, ze tak. pokazal na mapie belgrad i spojrzal sie na mnie pytajaco. ja na niego i pomyslalem po kiego jechac do belgradu? powiedzialem, ze bukareszt moze byc juz ciekawszy. decyzja jednak zapadla. tylko wszelkie rozklady pokazywaly, ze nie ma pociagu z budapesztu do belgradu. mimo to pojechalismy. na dworzec. najwyzej bedziemy jechali przez bukareszt zatrzymujac sie tam na dzien, moze dwa.

na keleti okazalo sie, ze wbrew temu co mozna bylo wywnioskowac z internetowych rozkladow jazdy, jednak jest bezposredni pociag do belgradu. ale dojezdza tylko do novego sadu. na pytanie dlaczego nei do samego belgradu w kasie uslyszelismy, ze line is broken. co to znaczylo do konca nie wiedzielismy. trzeba bylo wysiasc w novim sadzie i juz. a dalej kombinowac. w pociagu poznalismy milosa, serba mieszkajacego w szwajcarii i jadacego w odwiedziny do brata i towarzyszacego mu tony'ego, australijczyka. zakolegowalismy sie i trzymalismy razem.

poczatki w serbii byly wyjatkowo nieciekawe. zupelnie jak dworzec w novim sadzie. swym wygladem przypominal np. katowicki, tylko jeszcze mniej ciekawie sie prezentowal. bylo szaro, pochmurno, nieciekawie. taksowki marki zastava tylko poglebialy ta rozpacz. w samym belgradzie bylo przemiennie, ze wskazaniem na wyjatkowo nieciekawy poczatek. calkiem sympatyczny barek naprzeciw dworca, gdzie pierwszy raz zetknalem sie z pleskavica kontrastowal z hotelem, w ktorym sie zalogowalismy. prawde mowiac to w tamtym momencie chcialo sie mi stamtad uciekac i nigdy wiecej do tego miasta nie wracac.

nawet tracilem nadzieje, ze gdziekolwiek uda sie mi zgrac zdjecia z zapelnionych kart pamieci. nie mowiac juz o kupnie zupelnie nowej. pomyslalem, ze ten kraj jest 10 lat za polska i tak sie prezentowalo to co widzialem do tej pory. kiedy zobaczylem nadburzone budynki telewizji to chyba nic oprocz cudu nie ratowalo belgradu.

i wtedy wlasnie zdarzyl sie ten cud.

milos, ktory robil za przewodnika zatrzymal sie na chwile i nie wiedziec czemu tylko mi pokazal pewne miejsce, wlasciwie przejscie pomiedzy gmachem rzadowym i jakas chatka stojaca na jego zapleczu mowiac, ze wlasnie tam zostal zastrzelony zoran đinđic. momentalnie przypomnialem sobie jak to w onetowych komentarzach do informacji o tym ktos po prostu wpisal 'pozycze sobie promyk ksiezyca na te podroz tysiaca mil'. zupelnie od czapki, ale te kilka slow utkwilo w mojej glowie. choc zapomnialem o nich na dobre dwa i pol roku. az do momentu, ze zostaly mi w ten wlasnie sposob przypomniane.

wtedy jeszcze do mnie nie docieralo to, co dotarlo w ciagu nastepnych kilkunastu godzin. w kilka minut pozniej znalazlem sklep, w ktorym udalo sie mi kupic karte i zgrac zdjecia. zobaczylem budynki, miejsca i ulice belgradu, ktore prezentowaly sie zupelnie inaczej niz dotychczas mi znane. poczulem niesamowita sympatie do tego miasta. a na dodatek w powietrzu wisialo cos. poszlismy na kamelegdan, z jego magiczna panorama. pozniej pod najwieksza cerkiew swiata. i na stadion belgradska marakana. to cos we mnie dorastalo.

nie moglem zasnac, wyszedlem w nocy z aparatem i statywem na przechadzke i sesje belgrad by night. belgrad mnie oczarowal jeszcze bardziej noca. wlasciwie zaczarowal. juz wiedzialem co to jest to cos. odczuwalem wyrazne deja vu. nie wiedziec czemu mialem wrazenie, ze ja tu juz kiedys bylem. jakby w jakims snie, wyraznym, ale snie. a bylem pierwszy raz.

kiedy wyjezdzalismy nastepnego dnia fernando zdziwil sie jak mu w odpowiedzi na pytanie o wrazenia powiedzialem, ze miasto sie mi podoba. jemu sie nie spodobalo. zapytal sie czy mam zamiar wrocic do belgradu. potwierdzilem. na dodatek, ze w ciagu najblizszego roku.

zaczely sie kombinacje z powrotem do budapesztu, skad to chcielismy sie udac do pragi. znowu znalezlismy sie w novim sadzie, ktory ze wzgledu na kilka godzin postanowilem zwiedzic. ale nie znalazlem niczego ciekawego. ale wydaje sie mi, ze poszedlem w zlym kierunku a pytac sie nie chcialem za bardzo. jeszcze bym przegapil pociag. tak jak w budapeszcie zgubilem plyte ze zdjeciami, tak w belgradzie zgubilem bilet, ktory byl jeszcze wazny na powrot do budapesztu. wykombinowalem, ze pojade na serbskim bilecie do granicy a od granicy kupie wegierski. nie wiedzialem, ze takich rzeczy nie toleruja wegierscy konduktorzy. i stoczylem o to bitwe z gosciem, ktory uwazal, ze powinienem zaplacic za bilet 25 euro, a nie 7. ja sie uparlem, ze nie mam, bo nie mialem. on chcial mnie wysadzic z pociagu, ale ostatecznie spasowal. ja bylem gotow i nawet powiedzialem fernando zeby zaczekali na mnie w budapeszcie. kiedy zobaczylem zrezygnowana mine konduktora mowiacego, ze ostatecznie moge zaplacic jak od granicy a nie przez granice to poczulem jednak satysfakcje. i pomijam fakt, ze faktycznie powinienem zaplacic przez a nie od, ale nie mialem. a gosc byl chamski i momentami agresywny. w budapeszcie mielismy szybka przesiadke, ledwo zdazylismy kupic bilety i wpakowalismy sie w ostatnij chwili do pociagu.

pierwsze wrazenia z pragi nie byly zbyt ciekawe. oczywiscie miasto, w sensie budynki i ulice, bardzo piekne. tak, ze wzroku oderwac nie mozna, ale czesi wyjatkowo malo ciekawi. jakby kontrastowali z budynkami. przez to klimat dziwny, bardzo sztuczny.

ledwo zalogowalismy sie w hostelu, w ktorym gosc potraktowal nas tak jakbysmy mu przeszkadzali wcinac jakas szybka zupke czy goracy kubek to mialem awanture w sklepie o recznik. w podrozy bylem juz ponad tydzien i dopiero teraz potrzebowalem wlasnego recznika. tak to zawsze byly. a teraz nie, wiec musialem kupic. cena wystawiona byla 50 koron, przy kasie okazalo sie, ze kosztuje 120. roznica pewna jest. ale potrzeba jest potrzeba. tylko troche nerwow stracilem.

pozniej bylo lepiej, nawet polubilem prage. polubilem, ale nie pokochalem, tak jak wiele osob ja ubostwia. jak dla mnie to za duzo w niej turystow, a za malo naturalnosci. zeby zobaczyc prawdziwe miasto, ale juz nie takie ciekawe i boskie trzeba wypuscic sie w dalsze okolice. wtedy praga staje sie calkiem normalnym, porzadnym miastem. ale bez zachwytow. w pradze tez pozegnalismy jorge, ktory udal sie do aten. naszym nastepnym i ostatnim wspolnym punktem programu byla bratyslawa. wyjatkowo pojechalismy do niej autobusem, choc byla to chyba nienajlepsza decyzja.

pierwszym pytaniem jakie sobie zadawalismy w bratyslawie bylo gdzie my do cholery jestesmy? pytanie to bylo szczegolnie dobijajace kiedy probowalismy sie dostac z dworca autobusowego do centrum. nie dosc, ze wszystko wygladalo malo ciekawie to kazda spotkana osoba pokazywala nam inny kierunek, w ktorym powinnismy sie udac. zawierzylismy intuicji i jakos sie nam udalo. nawet zrobilo sie calkiem przyjemnie. nie popsulo tego nawet odrzucajace wrecz wrazenie z typowego komunistycznego hotelu o wdziecznej nazwie 'kijow'. ale jeden hostel na cale miasto to troche malo. na dodatek bardzo zapchany hostel.

za dnia bratyslawa sprawiala bardzo przyjemne wrazenie, glownie swoja kameralnoscia. byla inna niz gwarna praga, wydawala sie zadbana prowincja. przynajmniej jesli chodzi o stare miasto, bo peryferia to juz tak nie bardzo. spotkalismy sie z dziewczyna, ktora fernando wyrwal w autobusie z pragi. i dziwnie mi bylo rozmawiac ze slowaczka po angielsku kiedy pewnie nie duzo gorzej moglibysmy sie dogadac w naszych ojczystych jezykach, ale chyba tak bylo wygodniej. i choc mialem zostac jeden dzien dluzej to postanowilem jednak zlapac nocny pociag z budapesztu do warszawy.

nie byloby z tym nawet problemu gdyby nie to, ze odjechal od 40 minut przed czasem. pomylka wynikala z blednej informacji jaka dostalem od recepcjonisty, bo powiedzial mi, ze poiwnienem pojsc na hlavni stanice, a faktycznie powinienem na nove mesto. na szczescie kasjerka znalazla polaczenie przez breclav w czechach do warszawy i poczekac musialem tylko niecala godzine. niestety, albo i stety przyszlo mi jechac kuszetka, co nie jest moim najbardziej ulubionym sposobem podrozowania pociagiem.

jadac do polski zastanawialem sie co mnie spotka po powrocie, bo przez ten czas mojej nieobecnosci mojej wspollokatorce niezle odbilo i chyba w ten dziwny sposob chciala wyrazic swoja tesknote. grozila, ze sie wyprowadzi co prawde mowiac bylo mi na reke, bo mialem jej juz dosc. a mysl o jej osobie panoszacej sie po domu nie nastrajala mnie optymistycznie. ostatecznie wyprowadzila sie w trzy tygodnie po moim powrocie.

pewnego razu sie zdziwilem gdy sprawdzilem, ze odleglosc z gdyni do belgradu wynosi okolo 1600 km. czyli mniej wiecej 1000 mil.


26 IX - 9 X 2005 gdynia > warszawa > wroclaw > przemysl > lwow > uzgorod > budapeszt > belgrad > praga > bratyslawa > gdynia


© Michał Gawęda 2003 - 2014